Gastronomia
„Anaforą najłatwiej wyrazić obsesję” – pisał w jednym ze swoich wierszy katowicki poeta Dawid Koteja. A więc: gastronomia. Gastronomia rozrywkowa, gastronomia profesjonalna.
Zaczęłam w tak niestandardowy sposób, aby pokazać, że zakochać się można we wszystkim i każda istniejąca na świecie dziedzina może być obiektem fascynacji. Anaforą najłatwiej wyrazić obsesję, więc użyłam anafory na wstępie tekstu mówiącego o obsesji jedzenia. Czy coś takiego w ogóle istnieje? Oczywiście że tak i ma wiele twarzy! Zacznę może od tej jakby najdelikatniejszej i sprawiającej wrażenie najlepszej ze wszystkich. Obsesja gotowania. „Kocham gastronomię!” – usłyszałam kiedyś z ust koleżanki. Zdziwiłam się niezmiernie – miłość jest zarezerwowana dla istot żywych, tak mi się przynajmniej zdawało. Żeby zrozumieć te słowa musiałam porozmawiać z nią dłużej na ten temat. Dopiero ujrzawszy w jej oku błysk pasji zrozumiałam, że o gastronomii można mówić jako o hobby lub szerzej – o sposobie na życie. Są ludzie, którzy powiedzą „kocham motoryzację”, znajdą się tacy, którzy kochają ornitologię, a jeszcze inni stwierdzą bez mrugnięcia okiem, że kochają filatelistykę. Ile razy słyszałam wyznania miłości w stosunku do muzyki, literatury – i nie dziwiło mnie to? To są pasję na tym samym poziomie co gastronomia i bzdurą jest wkładanie ich do różnych szufladek. Ależ można mieć obsesję gotowania, tak samo jak obsesję grania na gitarze! Nie powinno to dziwić ani zaskakiwać. Powiem więcej – taka fascynacja jest (moim zdaniem) piękna, bo sprawia że coś prostego może nadawać życiu sens.
W reklamie Firmy Mc’Donalds słyszymy hasło: „I’m loving it!”. Tutaj mamy do czynienia z czerpaniem niewątpliwej, szalonej przyjemności ze spożywania pokarmu. „Kocham jedzenie” – te słowa również słyszymy z ust niejednej osoby. Co one znaczą faktycznie? Jeść przecież musi każdy – bez względu na płeć, pochodzenie czy wiek. To warunkuje nasze przetrwanie. Ale czy naprawdę jemy dlatego, bo musimy? Jest jeszcze druga, również ważna przyczyna – to sprawia nam przyjemność. Siedmiodaniowe wystawne obiady i wesela nie odbywają się przecież w celu zwykłego zaspokojenia głodu, jest w nich drugie dno – gastronomiczna rozkosz. Takie podejście potrafi nawet doprowadzić do uzależnienia. Być może „nałóg jedzenia” brzmi zabawnie (przecież każdy jest poniekąd niewolnikiem potraw – bez nich umiera), jednak w wielu miejscach w Polsce i na świecie powstają Stowarzyszenia Anonimowych Żarłoków, którzy mówią o sobie, że są uzależnieni od jedzenia. Dania, kalorie, słodycze są dla nich tym, czym wódka dla alkoholika – sposobem na smutki, problemy życiowe, ale również przyczyną różnych problemów: zarówno ze zdrowiem fizycznym, jak i psychicznym. Uzależnienie to choroba kompulsywnych napadów konieczności jedzenia. Nałogowiec jest więc osobą, która kiedy, np. nie potrafi sobie poradzić z jakimiś problemami życiowymi, ma depresję i zaczyna jeść bardzo duże ilość pokarmu. Prowadzi to do otyłości i chorób związanych z nią, takich jak cukrzyca, miażdżyca itp.
Na co dzień w mediach słyszy się wiele o chorobach związanych z tak oczywistym elementem naszego życia, jak jedzenie. Jedną z najbardziej „rozreklamowanych” dolegliwości jest przeciwieństwo obżarstwa, czyli anoreksja. Obsesja niejedzenia, o której mówi się, że jest bardzo „demokratyczna”, ponieważ dotyka zarówno zwykłych ludzi, jak i celebrytów świata mody, biznesu, sztuki. Nie ma żadnych reguł. Anoreksja jest to „jadłowstręt psychiczny”, czyli uwarunkowana wewnętrznie niemoc jedzenia, związana z chęcią odchudzenia się i ciągłym niedosytem spadku wagi.
Powstało wiele książek i artykułów dotyczących tej choroby, istnieją ośrodki specjalizujące się w jej leczeniu, wciąż jednak jest to poniekąd choroba-zagadka, z którą ciężko wygrać. Zbiera śmiertelne żniwa. Pomyśleć, że powodem zgonów tak często bywają problemy psychiczne związane z czymś tak (wydawałoby się) trywialnym, jak spożywane posiłki. Mówi się, że anoreksję lansuje świat mody, w którym „aż roi się” od skrajnie wychudzonych kobiet stawianych jako wzór piękna. Jest to prawda tylko częściowo, ponieważ (jak już wcześniej wspomniałam) choroba ta dotyka wszystkich, nie trzeba wcale być zapatrzonym w świat mody.
Jak widać temat jedzenia nie jest tak neutralną sprawą, jakby się mogło wydawać. Można je kochać lub nienawidzić. Fascynacja, zapatrzenie, obsesja – to wcale nie są słowa dalekie od tego tematu. Perspektywy są różne: jedzenie może być pasją, nałogiem, obiektem nienawiści. Może również udowadniać słabość woli – tak często słyszane w mediach oraz od wielu osób: „nie potrafię schudnąć” obrazuje nierzadką skłonność zbyt częstego podjadania i czerpania z tego na tyle dużej przyjemności, by nie umieć z tego zrezygnować. Jedzenie było, jest i będzie wśród nas – nasza cywilizacja jeszcze nie rozwinęła (i zapewne jeszcze długo nie rozwinie) do tego stopnia, aby obejść się bez jedzenia, koniecznego do przetrwania. A co za tym idzie – pozostaną problemy, jak przy każdej obsesji.